Cykl "Najlepsi polscy tekściarze" Odcinek 4. Skiba i Dżej Dżej.

Wywiady z najlepszymi polskimi tekściarzami specjalnie dla portalu: tekstydopiosenek.pl

 

Odcinek 4. Skiba i Dżej Dżej (Big Cyc)

 

Michał Kozłowski (tekstydopiosenek.pl): Trudno jest znaleźć informacje dotyczące autorstwa poszczególnych tekstów Big Cyca (z wyjątkiem pierwszych czterech płyt zespołu, na których teksty pisał wyłącznie Skiba i płyty „Szambo i Perfumeria, gdzie autorstwo jest jasno określone). Na większości płyt informujecie: „muzyka i teksty: Big Cyc”. Czy przestało to dla Was mieć większe znaczenie? Wyjaśnijcie – jak w Big Cycu powstają teksty i kto jest ich prawdziwym autorem?

 

Skiba: Dokładnie na pierwszych sześciu płytach Big Cyca są wyłącznie moje teksty. Pierwsze piosenki napisane przez Jacka (który jest głównym kompozytorem naszej ekipy) pojawiły się na płycie z 1996 roku „Z gitarą wśród zwierząt ”. Były to dwie piosenki „Gierek for ever” i „Tu nie będzie rewolucji”. Z czasem Dżej Dżej pisał coraz więcej tekstów, a teraz proporcje się odwróciły. Mniej więcej od płyty „Moherowe berety” z 2006 roku to Dżej Dżej realizuje się jako główny autor. Ja się tekstowo wypaliłem, albo pisałem rzeczy, do których ciężko było zrobić chłopakom muzykę. Moje pisanie zawsze było bardziej „kabaretowe”, a Jacka „melodyjne”. To oczywiście umowne określenia, ale coś w tym jest. Pominąć należy tu takie płyty jak np. „Wszyscy święci”, gdzie Big Cyc zrobił muzykę do wierszy nieżyjącego, krakowskiego artysty Wiesława Dymnego. Niepodawanie informacji o kompozytorze i autorze tekstów, przez pierwszych dziesięć lat działania zespołu, wiązało się z naszym punkowym podejściem do tematu. Uważaliśmy, że płyta to praca zbiorowa i stąd podpisy w stylu „Muzyka i texty: Big Cyc”.

 

Dżej Dżej: Krzysiek w pewnym okresie miał za dużo roboty. Pisał we „Wprost”, tworzył scenariusze, udzielał się w programach telewizyjnych. Z czasem ja przejąłem obowiązki tekściarza, bo miałem więcej czasu. Tekst trzeba szlifować, dopieszczać, nie da się tak na kolanie... Czasami potrzebowałem roku, żeby piosenkę pokazać kolegom. Zresztą ja również piszę pod swój sposób śpiewania, układam metrum pod konkretny fragment muzyczny, wtedy tekst "siedzi" i ma odpowiednią lekkość...

 

M.K.: Powiem to na wstępie: jako autorzy tekstów jesteście genialni, nietuzinkowi, możliwe, że najlepsi w Polsce. Macie taką łatwość budowania historii, świetnych refrenów, szlagwortów. Dlaczego więc, w odbiorze ogólnym, tzw. „fachowców”, nigdy nie zostaliście prawdziwie docenieni (w rankingach zawsze stoicie za Kazikiem, Grzegorzem Ciechowski, Kubą Sienkiewiczem, czy Muńkiem z T. Love). Czy czegoś Wam brakuje, czy jesteście po prostu zbyt inni i przez to niezrozumiani?

 

Skiba: Big Cyc to zespół niedoceniany przez krytykę muzyczną głównie dlatego, że trudny w zdefiniowaniu. Nasz twór artystyczny ma charakter hybrydalny. Jesteśmy zespołem, który nosi w sobie cechy klasycznej kapeli rockowej, ociera się momentami o kabaret anarchistyczny, czasem przypomina happening, bywa zespołem czysto rozrywkowym, ale często angażuje się w polityczną ocenę rzeczywistości. Mnie się taka zwariowana forma podoba, ale u nas ludzie kochają jak coś jest proste, niczym dyszel od łopaty. Kapela metalowa to metal, punkowa to punk, a rozrywkowa to Krawczyk. My możemy sobie nawet zagrać country i to będzie bardzo smaczne, bo parodie to nasza specjalność. Polska to smutny kraj wypełniony średniakami, więc jak powiesz to wszystkim w oczy, to cię znienawidzą. Dawno temu przejmowaliśmy się różnymi rankingami, dziś jesteśmy na to już odporni. Dla mnie ciekawszym wyróżnieniem niż wszelkie rankingi są liczne dowody na to, że spora część pokolenia wychowała się właśnie na naszych tekstach i naszym ironicznym postrzeganiu świata.

 

Dżej Dżej: Myślę, że może to być spowodowane odbiorem przekazu Big Cyca. Dziennikarze przykleili nam łatkę zespołu ludycznego. Sądzę, że tak naprawdę od dekady nie słuchają piosenek BIG CYCA i nie analizują naszych tekstów. Artykuły ukazujące się o zespole świadczą, że ich znajomość naszej twórczości zatrzymała się dekadę temu. Nie można się tym przejmować, trzeba robić swoje....

 

M.K.: „A w jeden dzień zarobisz tyle /Co górnik w miesiąc w brudzie i w pyle” (z tekstu „Berlin Zachodni”). Czy myślicie, że ten tekst mógłby oddawać sytuację tekściarza w Polsce? Czy macie jakieś informację, jak w Polsce opłacani są zawodowi tekściarze?

 

Skiba: Wszystko zależy od tego, czy masz przebój, który grają na okrągło stacje radiowe i czy dobrze sprzedają się płyty twojego zespołu. Do roku 2000, to były bardzo przyzwoite stawki. Niestety dwanaście lat temu rynek muzyczny na całym świecie się załamał i dziś są to o wiele mniejsze dochody. Ujawnię ci pewną tajemnicę. Najlepiej zarabiają nieżywi artyści. Serio! Michael Jackson, jak żył, miał potworne długi, a jego finanse były w opłakanym stanie. Po śmierci boski Michael spłacił długi, a jego rodzina nie wie, co robić z kasą.

 

Dżej Dżej: Życie tekściarza nie jest łatwe. W branży rozrywkowej w Polsce funkcjonuje grupa kilkunastu osób, która wyspecjalizowała się w pianiu tekstów meteorologicznych (lato, zima, słońce świeci), czyli o niczym. Ci piosenko - pisarze gwarantują artystom, że utwór będzie grany w radiu, niestety nie gwarantują wartości artystycznej, która zwykle jest równa kawałkowi zużytej podpaski... Na szczęście w branży rockowej jesteśmy samowystarczalni...

 

M.K.: Skiba, czy pamiętasz jeszcze, jak pisałeś teksty na pierwszą płytę zespołu Big Cyc pt.: „Z partyjnym pozdrowieniem”? Czym się wtedy inspirowałeś? Skąd czerpałeś pomysły na teksty?

 

Skiba: Zawsze inspiruje mnie rzeczywistość, która mnie otacza. Pomysł na piosenkę może narodzić się w wyniku czujnej obserwacji, artykułu w gazecie, głupkowatego filmu, albo jakiegoś zdarzenia, które wybuchło na twoich oczach. To były czasy powolnego upadku systemu socjalistycznego, więc albo go przedrzeźniałem i wyszydzałem (np. piosenki „Kapitan Żbik”, czy „Aktywiści”), albo go opisywałem, i tu najlepszym przykładem jest piosenka „Berlin Zachodni”, która jest takim reportażem muzycznym opowiadającym o pionierach wolnego rynku, którzy handlowali nielegalnie papierosami i alkoholem w Berlinie.

 

M.K.: Dżej, Dżej, czy to, że jesteś absolwentem filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim, pomaga Ci jakoś w pisaniu?

 

Dżej Dżej: Bardzo. Po pierwsze, przeczytałem na studiach kilka fajnych rzeczy, bez których byłbym intelektualnie niepełnosprawny. Po drugie, poznałem proste techniki warsztatowe, które są bardzo przydatne w pisaniu. Po trzecie, jestem dzięki szkole wymagający w stosunku do siebie...

 

M.K.: Wasze teksty są przesycone humorem, żartem i ironią (chociażby refren utworu „Woody Allen” – „Woody Allen to miał szczęście /Że urodził się w tych Stanach /Bo nad Wisłą chlał by "czystą" /I miał tylko jeden krawat”). Czy to Wasz „patent” na opisywanie rzeczywistości?

 

Skiba: Myśmy nie wymyślili ironii w piosence. Ona była już dawno przed nami. Po prostu uznaliśmy, że to dobry sposób na odnoszenie się do brudu życia. W Polsce obowiązuje w piosenkach język tragedii, melancholii, katastrofy i cierpienia. Patrzenie na świat z ironicznym dystansem, tak jak miał to w zwyczaju choćby Witold Gombrowicz, Witkacy czy Sławomir Mrożek jest nam niezwykle bliskie.

 

Dżej Dżej: Podoba nam się dystans Woodego Allena do siebie i do sztuki. Dzięki takiej filozofii życiowej masz szansę, by na starość nie zostać nudna pierdołą...

 

M.K.: Czy istnieje jakaś granica, której tekściarz nie powinien nigdy przekraczać?

 

Skiba: Taką granicę każdy powinien sam sobie wyznaczyć. Piosenka to uboga siostra poezji, a w poezji nie ma granic, bo bez wolności w myśleniu i postrzeganiu świata nie ma poezji. Tekst piosenki rockowej rzadko kiedy funkcjonuje bez muzyki. Dopiero muzyka nadaje mu pełny wymiar. Gdy odrzemy piosenkę z muzyki zostaje czasem kiczowaty ogryzek (wystarczy przyjrzeć się choćby niektórym piosenkom The Beatles). Granicą dla mnie są na przykład pewne zbyt proste rymy, ale na pewno nie tematy. Można bardzo ładnie zaśpiewać o czymś obrzydliwym np. o wrzodach na tyłku.

 

Dżej Dżej: Wszytko zależy od warsztatu. Gdybyś przeczytał streszczenie powieści Jean Paula Garniera nigdy byś jej nie tknął, a jednak czyta się doskonale...

 

M.K.: „Nie będziemy śpiewać po angielsku”, śpiewacie w jednym z Waszych utworów. Powiedzcie, czy język polski, jest łatwym i przyjaznym materiałem do pracy nad pisaniem tekstów piosenek?

 

Skiba: Trudno zrobić mi porównanie, bo nie znam chińskiego. Mi się najlepiej pisze po polsku, bo po francusku znam zaledwie trzy słowa. A tak na serio, to wiadomo, że trudniej się śpiewa po polsku, niż po angielsku, ale co do pisania to istnieje teoria, że słabo mamy rozwinięty język gier miłosnych, bo albo za wulgarny, albo zbyt medyczny, albo zbyt opisowy… i wychodzi na to, że po angielsku też się łatwiej pisze.

 

Dżej Dżej: Język to tylko tworzywo. Ktoś znający dobrze swój ojczysty język, czy to japoński, czy mandaryński, zawsze będzie mógł się realizować w poezji, czy prozie. Starożytni Rzymianie w grobie by się przewrócili, gdyby dowiedzieli się, że na świecie, w kulturze i sztuce, dominuje język barbarzyńskich plemion zachodnio -germanskich...

 

M.K.: Czy zdarzało się Wam pisać teksty piosenek na zamówienie? Jeśli tak, dla kogo?

 

Skiba: Oczywiście, że potrafię napisać tekst na zamówienie, ale mi się nie chce. Raz napisałem piosenkę dla jakiegoś idiotycznego zespołu, ale zabroniłem im podawać nazwisko autora. Machnąłem to w dziesięć minut i skasowałem honorarium. Pisanie dla kogoś innego niż Big Cyc to męczarnia psychiczna. Kiedyś zamówił u mnie teksty Robert Chojnacki. Prosił, aby to były teksty takie mocno „jesienne”, smutne i ze łzami w refrenach. Poddałem się, bo bym zwariował i wyskoczył przez okno po drugiej zwrotce.

 

Dżej Dżej: Żyjemy w czasach, kiedy nie musimy na szczęśśśśśśśśśśśśśśśście dokonywać tego typu wyborów. Kiedyś mieliśmy propozycję z klubu sportowego, ale w sumie nic z tego nie wyszło...

 

M.K.: Napisaliście kilka świetnych pastiszy (np. „Nowe kombinacje” z płyty „Miłość, muzyka, mordobicie”, czy genialne „De mono” z płyty „Wojna plemników” albo jeszcze lepsze „Koliber 66 – (Zjeb od Doroty)” z płyty „Pierwsza komunia, drugie śniadanie...”). W jaki sposób pisze się tak świetne pastisze? Na co trzeba uważać przy pisaniu takich tekstów?

 

Skiba: Nie wymieniłeś jeszcze np. „Kraciastych koszul”, które parodiowały zespoły w stylu grunge, „Kumpli Janosika”, które naśmiewały się z pop mody na góralszczyznę, czy „Będę śpiewał tylko ja”, która to piosenka jest parodią stylu Krisa Krawczyka. To też były ciekawe smaczki. Najważniejszy przy pastiszach jest styl podmiotu lirycznego, który trzeba wykpić. Wychwytujesz charakterystyczne frazy z twojego pupila i doprowadzasz je do absurdu. Nagromadzenie takich cech charakterystycznych, zawsze ma wymiar komiczny. Oczywiście niesłychanie ważnym elementem jest strona muzyczna, którą także należy posklejać z cytatów podobnych do oryginału, bo sam tekst się nie obroni.

 

Dżej Dżej: Trzeba dokładnie zbadać materiał, który bierze się na warsztat. Przeanalizować charakterystyczne zwroty i słowa. Odwołanie musi być czytelne, żeby odbiorca nie zastanawiał się, kogo mamy aktualnie na myśli...

 

M.K.: Zdarza się Wam (dość często) w tekstach używać prawdziwych imion i nazwisk osób publicznie znanych, najczęściej polityków. Zdarzało się Wam także pisać o nich w sposób, delikatnie mówiąc, prześmiewczy, np.: „Stare igły od strzykawek /Są tak tępe jak Wałęsa” – z tekstu „Ostry dyżur”. Czy spotkały Was jakieś konkretne nieprzyjemności z tego powodu?

 

Skiba: Ta konkretnie strofa spowodowała panikę u naszego wydawcy. Właściciele wytwórni fonograficznej spanikowali. Całkiem na serio bali się procesów i sądowego wstrzymania nakładu płyt w magazynach. Bez naszej zgody wgrali więc tzw. „piki” w miejsce nazwiska „Wałęsa”. Kaseta z „pikami” ukazała się na rynku, a my byliśmy wściekli, bo to były już lata 90 i czasy „wolności”. Co ciekawe miesiąc później ukazała się płyta CD i na niej nie było już „pików”. Co do używania nazwisk w piosenkach, to znana jest sprawa gdy wokalistka Shazza chciała nam zrobić proces za piosenkę „Shazza moja miłość”, ale potem jej przeszło. Niektórzy nawet żałowali, bo byłoby widowisko. Stare dzieje. Z najnowszych piosenek, to oburzył się strasznie redaktor Pospieszalski za piosenkę Jacka „Warto rozmawiać”, który w swoim stylu ogłosił, że Big Cyc jest w jednym „układzie z WSI i KGB”.

 

M.K.: Macie dar do wymyślania świetnych tytułów piosenek. Jaki jest sposób na dobry tytuł?

 

Skiba: Tytuł musi być intrygujący. Ja zawsze byłem za tytułami, które są grą słów lub niosą w sobie pierwiastek poezji. Dżej Dżej woli tytuły proste, rockowe, takie ze szkoły punkowej. Podam dobry przykład. Piosenkę „Kraina Małych Fiatów” zamienił na „Mały fiat”. Wiadomo, że tytuł pierwszy to metafora Polski, tytuł drugi to zwykła informacja, jak na giełdzie samochodowej, czy w barze z kiełbaskami, gdzie nie znajdziesz szyldu typu „Planeta płonących kiełbas”, a jeno prosty niczym musztarda napis „kiełbaski”. Dżej Dżej to old dirty punk. Ja jestem dziwakiem.

 

Dżej Dżej: Dokładnie tak, wolę krótko i skutecznie. Zresztą na scenie posługujemy się zwykle skróconą wersją tytułu, np "Berlin" czy "Zbyszek". Łatwo zapamiętać i kojarzy się z konkretna piosenką...

 

M.K.: Jestem pod wrażeniem tekstów z płyty: „Golonka, flaki i inne przysmaki” (jajcarski „Dramat fryzjerski”, świetny „Czynny całą dobę”, czy smutny (?) „Świetny interes” i wiele, wiele innych). Czy możecie powiedzieć coś więcej o powstawaniu tekstów na tą płytę?

 

Skiba: Akurat wszystkie teksty z tej płyty są moje. Dramat fryzjerski to parodia grania w stylu restauracyjnym, biesiadnym. Kpina z piosenek łatwych, miłych i o niczym, ale najczęściej o miłości. O miłości to świetnie pisał Szekspir, kolejni mieli nieco mniej talentu, a ci, co teraz piszą o miłości, to albo naznaczeni geniuszem wariaci, albo grafomani. Niestety tych drugich jest zdecydowanie więcej. Dla wielu szokująca była treść refrenu „Dramatu fryzjerskiego”, ale właśnie ten refren powodował, że piosenka nie była kolejną piosenką restauracyjna tylko prowokacją. „Czynny cała dobę” to klasyczny reportaż w stylu Big Cyca opisujący nie zawsze wesołe życie w naszym kraju, a „Świetny interes” to już mocna publicystyka, taki gazetowy wręcz numer ze światem przestępczym w tle. To perełka w dorobku BC. Szkoda, że nie zrobiliśmy więcej takich kawałków.

 

M.K.: Kto wpadł na pomysł tekstu do „Makumby”. Powiedzcie trochę więcej o tamtym czasie?

 

Skiba: Na pomysł napisania Makumby wpadłem po przeczytaniu reportażu o pewnym czarnoskórym ginekologu z Tczewa, który po skończeniu Akademii Medycznej w Gdańsku i licznych praktykach założył wreszcie własny gabinet. Okazało się, że Polki nie są rasistkami i pewnego dnia wszyscy biali ginekolodzy w mieście stracili klientki, a do czarnego pana doktora zaczęły ustawiać się kolejki. Ten artykuł był tylko inspiracją, a dalsza historyjka jest wymyślona, ale zbliżona do losów pana doktora, on też miał żonę Polkę i kłopoty ze skinami.

 

Dżej Dżej: Pamiętam, że zmieniliśmy trochę refren i wiele osób pytało co to jest SKA myśląc, że to skrót jakiegoś afrykańskiego państwa, takiego jak np. RPA. Ten styl muzyczny zdobywał sobie dopiero fanów, ale w połowie lat 90-tych był praktycznie nieznany...

 

M.K.: Tekst pt.: „Alkoholu pełne nieba”, można by nazwać – co rzadkie w Waszej twórczości - tekstem moralizatorskim. Co sądzicie o tekstach moralizatorskich i czy jest na nie jakiś dobry sposób?

 

Skiba: No… tak, to nietypowy numer w naszym dorobku. Ja nie lubię tekstów moralizatorskich, bo nie czuję się na siłach pouczać innych. Tekst powstał po całej serii dramatycznych wypadków młodych ludzi, którzy kierowali po pijanemu. Był to odruch obronny z mojej strony i pewna przestroga dla wszystkich kierowców. Niestety piosenka niewiele pomogła. Dalej giną na drogach ludzie, których zabija kierowca na podwójnym gazie.

 

M.K.: Macie też doświadczenie pisania muzyki pod gotowe wcześniej teksty. Było tak w przypadku płyty „Wszyscy święci”, w całości wypełnionej tekstami nieżyjącego już poety i aktora Wiesława Dymnego. Jak pracowało Wam się nad tą płytą? Jakie trudności napotkaliście, ze strony warsztatowej, podczas dopasowywania gotowego tekstu do Waszej muzyki?

 

Skiba: To pytanie do Jacka.

 

Dżej Dżej: Głównym problemem była selekcja materiału. Wiesław Dymny napisał wiele świetnych tekstów, jednak niektóre rzeczy były mocno archaiczne. Wybraliśmy te najlepiej pasujące do charakteru BIG CYCA. Wiele piosenek miało już gotową muzykę, lecz tylko "Pejzaż horyzontalny" miał ciekawy rockowy klimat. Do pozostałych piosenek musieliśmy napisać nową muzę, zresztą Anna Dymna dała nam w tej kwestii wolną rękę...

 

M.K.: Czytając teksty z płyty „Wszyscy święci”, można by odnieś wrażenie – nie wiedząc o ich prawdziwym autorze - że są one autorstwa zespół Big Cyc. Czy także odnosicie takie wrażenie?

 

Skiba: Dymny był poetą, ale też chuliganem artystycznym. Zdarzało mu się organizować happeningi, połączone z wydzieraniem się na publikę, z rozwalaniem perkusji, a jednocześnie był człowiekiem niesamowicie wrażliwym, któremu ironia i szyderstwa z tego świata pozwalały przetrwać ciężar egzystencji. Takie postrzeganie rzeczywistości z pewnością zbliżyło nas do jego poezji.

 

M.K.: Pisaliście na zamówienie piosenkę do serialu „Świat według Kiepskich”. Czy pisanie na zamówienie bardzo Was ograniczało? Czy sprawiało Wam to jakąś dodatkową trudność?

 

Skiba: To było wspaniałe zamówienie i miła praca. Mieliśmy dużą swobodę i mimo, że to była nasza pierwsza piosenka do serialu telewizyjnego, to my jako zespół występowaliśmy tu początkowo w roli gwiazdy i magnesu dla widzów. Big Cyc był na absolutnej fali po sukcesie piosenki „Makumba” i płyty „Z gitarą wśród zwierząt”, która sprzedała się w nakładzie ponad 600 tys. egzemplarzy. Twórcy serialu nie byli pewni jego sukcesu i dlatego zamówili piosenkę u popularnych autorów. Piosenkę napisałem w jeden dzień, a Jacek i koledzy nagrali ją i zmiksowali w dwa dni.

 

M.K.: Jak doszło do Waszej współpracy z Jackiem Dewódzkim? Jak wspominacie tamten okres?

 

Skiba: Pytanie do Jacka.

 

Dżej Dżej: Nagrywaliśmy w studiu Zbigniewa Preisnera w Niepołomicach, gdzie również swoją sesję miał zespół Dżem. Jacek mieszkał niedaleko studia i często wpadał na kawkę. Polubiliśmy się bardzo i tak doszło do nagrania piosenki "Kocham piwo".

 

M.K.: Muszę Was o to zapytać: czy tekst „Wyróżnienie”, z płyty „Świat według Kiepskich”, odnosi się do kogoś konkretnego?

 

Skiba: Kurcze! Człowieku! To może dotyczyć wielu, ale nikogo konkretnego…

 

M.K.: A jak wspominacie współpracę z Maćkiem Maleńczukiem podczas tworzenia tekstu pt.: „Teczka” na płytę „Szambo i Perfumeria”?

 

Skiba: To Maleńczuk, gdy po koncercie na juvenaliach spotkaliśmy się w knajpie zaproponował nam dla zabawy wspólne napisanie piosenki. Powiedział, że ma już początek… ja na to, że w knajpie to się pije, a on, że pić to możemy zawsze, ale pisać piosenki to nie i… spróbowaliśmy. Ja tam może wymyśliłem ze trzy linijki nie więcej. Wbrew legendzie, pisanie w knajpie to nie jest komfortowa sytuacja. Co chwila przychodziły jakieś dziewczyny i nam przeszkadzały. Jedną z nich Maleńczuk tak sklął, aż nam starym rockowcom, zwiędły uszy, ale trud się opłacił, wyszedł z tej pijanej nocki fajny numer…

 

Dżej Dżej: Pamiętam, że zapisaliśmy ten tekst na kartonie po mandarynkach i zgubiliśmy go pod stołem. Po tygodniu kierownik klubu sfotografował ów karton i przysłał mi go e-mailem. Cały dzień spisywałem go z komputera, ale opłaciło się...

 

M.K.: Czy kiedyś pisało się lepiej, czy lepiej piszę się teraz? Czasy się zmieniły, a co się zmieniło w pisaniu?

 

Skiba: Człowiek się starzeje i nabiera doświadczenia, ale z pisaniem piosenek to jest tak, jak mówił kiedyś poeta Krzysztof Kelus, że jest czas kiedy one „same przychodzą i to hurtowo, a jest czas kiedy nie nadchodzą mimo licznych zaproszeń”. Słowem, gdy jesteś młody i chcesz walczyć z całym światem jest lepiej.

 

Dżej Dżej: Słabe czasy są zwykle dobre dla twórców, muzyków, literatów. Rzeczywistość jest wtedy bardziej dynamiczna i ciekawsza...

 

M.K.: I na koniec, standardowo, kilka rad dla młodych adeptów sztuki pisania?

 

Skiba: Starać się nikogo nie naśladować, nie kopiować znanych zespołów, próbować wyrobić sobie swój charakter pisma, czyli dążyć do stworzenia swojego stylu, dużo czytać, mieć głowę otwartą i bawić się słowem.

 

M.K.: Dziękuję za rozmowę.

 

 

TEKST NA TAPECIE: „Ballada o smutnym skinie”

 

Na koniec, chciałbym abyście szczegółowo (w „komentarzu”) opisali, historię powstania swojego jednego tekstu.

 

Na tapecie: „Ballada o smutnym skinie”, Big Cyca – mój ulubiony tekst Waszego autorstwa. Proszę Was o napisanie (jeśli pamiętacie), o historii, okolicznościach, powstania tego tekstu. Tzn. jak się pisało?, do jakiego podkładu?, czy mieliście jakieś trudności?, jak było z akceptacją tekstu przez resztę zespołu? co mówili pierwsi słuchacze?, itp.

 

 

 

BALLADA O SMUTNYM SKINIE (sł. Skiba)

 

Skin jest całkiem łysy, włosków on nie nosi

 

Glaca w słońcu błyszczy, jakby kombajn kosił

 

Pejsów nie ma skin, kitek nienawidzi

 

Boją się go Arabi, Murzyni i Żydzi

 

Najgorsza dla skina jest co roku zima

 

Jak on ją przetrzyma, przecież włosków ni ma

 

 

 

Nałóż czapkę skinie, skinie załóż czapkę

 

Kiedy wicher wieje, gdy pogoda w kratkę

 

Uszka się przeziębią, kark zlodowacieje

 

Resztki myśli z mózgu, wiaterek wywieje

 

 

 

Mamusia na drutach, czapkę z wełny zrobi

 

Nałożysz ją skinie, gdy się chłodniej zrobi

 

Wełna w główkę grzeje, ciepło jest pod czaszką

 

Dwie komórki szare wówczas nie zamarzną

 

 

 

Nasz skin był odważny, czapki nie nałożył

 

Całą zimę biegał łysy, wiosny już nie dożył

 

Główka mu zsiniała, uszka odmroziły

 

Czaszka na pół pękła, szwy wewnątrz puściły

 

(„Ballada o smutnym skinie”, Big Cyc, Z partyjnym pozdrowieniem, 1990)

 

 

 

Komentarz BIG CYCA:

 

SKIBA: Pisząc „Skina” miałem jasno określony cel. To była końcówka lat 80. I subkultura skinów strasznie się rozpanoszyła. Byli wszędzie. Zawsze tak jest w momentach przełomów politycznych, że spod kamieni wychodzą jakieś męty. I tak było tym razem, Skinheadzi zniszczyli wiele koncertów i imprez, siali postrach w klubach. Zwykle napadali tzw. hordą, czyli w dziesięciu na jednego. Zawsze poruszali się w grupach. Ponieważ subkultura ta wychwala siłę i takie naiwne bycie „macho”, postanowiłem to wykpić i ośmieszyć. W mojej piosence twardy skin okazuje się maminsynkiem, który pewnego dnia buntuje się przeciwko mamy zaleceniom i nie nakłada na mróz czapeczki, co w wyniku mroźnego klimatu doprowadza go do idiotycznej śmierci. Ten tekst jest niesamowicie złośliwy. Skinheadzi docenili jego satyryczną wymowę i napadali na ludzi, którzy mieli nasze płyty lub rozbijali nam koncerty. Na koncercie w Zielonej Górze, Dżej Dżej dostał butelką po jabolu, na szczęście w nogę, a nie w głowę. Kiedyś Dżery perkusista zarobił jajkiem rzuconym z widowni, w Krakowie na Romka rzucił się skin z widowni i uciekając przewrócił reflektor, który o mały włos nie zabił gitarzysty, a ja wielokrotnie toczyłem ze skinami pojedynki słowne ze sceny. Do dziś śpiewamy ten kawałek i jest entuzjastycznie przyjmowany, ale na szczęście nikt już się podczas tego numeru nie bije.

 

Premierowe wykonanie piosenki odbyło się podczas naszego koncertu w Jarocinie w 1990 roku. Fama o tej piosence natychmiast poszła w lud. Numer mało był grany w radiu, ale do dziś wielu zna go na pamięć. To jakiś fenomen i z pewnością kawałek kultowy.

 

19 września 2018

Michał Kozłowski - tekstydopiosenek.pl © 2018 • Created with WebWave

zawodowe teksty piosenek - pisanie tekstów piosenek - songwriting

 

warsztaty tekściarskie - nauka pisania tekstów piosenek